followers


Pokazywanie postów oznaczonych etykietą grey. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą grey. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 7 lipca 2014

simply the best.

Pierwszy blogowy mistrz RP, czyli ja, powraca (oł! ile razy już tak pisałam? milion? półtora miliona???). Tym razem przedstawiam złożoność materii zwanej ubraniem (tudzież outfitem) w postaci czarnych spodni (wow) i szarego topu (wow ^2). Jak zwykle :D
 
Zdjęcia były zrobione sto lat temu przez Kasię. A moje dzieła możecie znaleźć również u niej (w poście 'universal'). Powiem Wam, że w życiu nie miałam okazji do tak szybkich fotek - całkiem fajna sprawa. Miałyśmy okazję się spotkać po długim czasie, razem ponarzekać i rzucić ironią w odpowiednią stronę modowego świata. Polecam!

trousers: H&M (%) / top: H&M /  Cropp necklace / DIY bracelets
 

środa, 14 maja 2014

ready? go!

Przyszła wiosna! wow, Wow, WOW! Tak więc czas na sportowe buty, niezobowiązującą bluzę, słońce, wiatr we włosach, całe dni spędzone na świeżym powietrzu i tego typu bajery. Polecam każdemu! W plenerze dzieje się coraz więcej i nie mam tu tylko na myśli procentowych spotkań nad Wisłą, ale Juwenalia, koncerty, festyny z watą cukrową i balony z helem. Rodzinnie, aktywnie, cukierkowo, och i ach na każdym kroku. Drące buzie dzieci, psy pałętające się pod nogami i obsikujące świeżozazielenione drzewka. Dmuchawce, latawce, wesołe miasteczka. Kocyki, pikniki, zdjęcia, uśmiechy. Koszenie trawy, ćwierkanie ptaków na krzakach, pisk hamulców rowerowych. Dla tego wszystkiego warto się w tej wiośnie zatracić :)
 
fot. Łukasz
jeans shirt: Mustang (sh) / sweatshirt: nn / DIY bracelets

czwartek, 27 marca 2014

long, long way.

Ostatnio była spódnica, to teraz czas na dres! To już drugi na blogu - WOW! O pierwszym było w poście souvenirs, jako o pamiątce wyrwanej z zalewy tandety wszelakiej.
A tym razem dresik jako turboprzygotowanie do podróży. Bo jak podróżować z jednego końca Polski na drugi jak nie w dresie?
Krótkie story porównawcze - Waw-Zak i z powrotem w dresie. Było wspaniale. No, prawie, bo towarzystwo w drodze powrotnej, konkretniej od Krakowa do Warszawy, było tak rozentuzjazmowane, że nadawało przez całą podróż. Wiem już wszystko - od tego, jak powinno się zapinać pasy w autokarze, przez plan podróży do Lizbony, to, że jedna z dziewczyn zna Warszawę i poprowadzi resztę, po newsa z ułamaną nóżką w walizce jednej z podróżujących. I jeszcze wiem, z czym miały kanapki. Bo lunch time w środku nocy był obowiązkowy. Tak obowiązkowy jak narzekanie, że 'jedzenie o tej porze...' blablabla. Surround sound wybitny.
A teraz relacja Waw-Gda - w jeansach. Masakra. Po prostu MASAKRA! Tyle w temacie. No, chyba, że przekonuje Was to, że podróż z Zakopanego do Warszawy tak bardzo mnie zmęczyła, że nawet jeansy mi potem przeszkadzały (bo ten szalony dystans pokonywałam jednego dnia, z godzinną przerwą na przesiadkę - żalę się, nie chwalę). Ale ja tego nie kupuję. Totalnie nie!
 
Więc dres bije wszystko na głowę, ot co! A outfit nie z podróży, tak tylko do niej nawiązałam ;)
 
 
fot. Łukasz
 
 trousers: New Yorker / top: H&M
PS. Łączenie kamizelki z kurtką już było tu, a top tutaj w wydaniu jesiennym (to chyba moje ulubione połączenie) i w wersjach letnich tu i tu.

czwartek, 24 października 2013

oh, God!

Ostatnie dwa tygodnie i to, co się dzieje w całym tym fashion-świecie wywołały niezłą burzę w mojej głowie. Podsumowując - nie podoba mi się to. Niemodnym gratuluję podejścia do wszystkiego co z modną blogosferą związane, a tym, o których wspominają nawet nie współczuję, bo sami sobie na to zasługują.
Och, należy się też słów kilka o materiale z DDTVN, w którym to Chajzer chciał się dowiedzieć tego i owego od tzw. znawców, czyli blogerów, którzy właśnie twierdzą, że się znają na modzie. Mistrzostwo świata - polecam.
Tyle, że pisząc o jednej i drugiej nagonce nie wiem czy lepiej się śmiać, czy płakać. Bo w sumie to śmieszne. Ale i żałosne. Boli mnie to, że na podstawie tych samozwańczych wyroczni modowych i ekspertów "znających się" na rzeczy rośnie opinia o blogerach tak ogółem. Nawet nie staram się jej przeciwstawiać, bo i po co? Przecież gołym okiem widać, że ludzie mają parcie na szkło, chcą być znani z tego, że są znani i czekają aż ich zdjęcia obiegną sieć. W myśl zasady "nieważne, co mówią, ważne, żeby nie przekręcali nazwiska".
Stąd się bierze moje wielkie zwątpienie. Ręce mi opadają, a motywacja sięga prawie podłogi. Jest źle, a nawet najgorzej. I niewiele wskazuje na to, że sytuacja się zmieni. "Znawcy" nadal będą "znawcami", hejterzy hejterami, a blogerzy blogerami. W szerokim tego słowa znaczeniu.
 
 
fot. Łukasz Trzeciak
H&M skirt / baseball sweatshirt: nn
 

piątek, 11 października 2013

perfect matching.

Ostatnio sprzedałam Wam newsa świeżością dorównującego ciepłym bułeczkom - jesień na horyzoncie! Dzisiaj o tym samym, żeby nie serwować Wam uderzeniowej dawki nowości. Otóż - kiedyś nienawidziłam tej pory roku. Z różnych przyczyn. Jak wiadomo - szkoła, koniec lata, książki, zeszyty, poranne wstawanie o nieludzkiej porze i te sprawy. Dzisiaj jest całkiem ok - przybliża z każdym dniem do śniących mi się nocami górskich stoków i białego puchu pokrywającego wszystko dookoła. Bajecznie po prostu! I nie przeszkadza mi, że nadchodzą dni, którym przyświeca idea 'whatever'. Bo to też jest ciekawe, tak swoja drogą. Na przykład takie 'wszystko jedno' w kwestii ubioru. Jest wspaniale! Czuję się w 100% usprawiedliwiona. Oczywiście przychodzą momenty zwątpienia, jesiennej deprechy i obojętności w dziedzinie chociażby wstawania z łóżka. No bo wstać czy nie? Zachęcam wszystkich jednak do zwlekania się i chwytania kolorowej jesieni, bo za tydzień, dwa, ewentualnie cztery odejdzie i wszyscy już zdążymy zapomnieć o tym, że inna aura niż Londyński deszcz w ogóle istniała. Kiedykolwiek i gdziekolwiek.
 
fot. Łukasz Trzeciak
 
nn waistcoat / sweatshirt: Volcano / bracelet: DIY

piątek, 6 września 2013

souvenirs.

Tym razem uraczę Was słowem o pamiątkach. Takich zwykłych. Przywiezionych w bagażu podręcznym lub niepodręcznym, a zazwyczaj i tak niewygodnym do transportu, w jakiejkolwiek by nie był postaci. Więc jeśli ktoś się spodziewa filozoficznych podsumowań, górnolotnych słów o wspomnieniach, doświadczeniach, kulturach i tego typu sprawach - nie, bardzo mi przykro - nie tym razem. O materializmie powiem. Zwykłym, popularnie znanym, zachłannym podejściu i wszystkim tym, co jest z nim związane - o pretekstach i okazjach do nabycia drogą kupna niezbędnych nam do życia drobiazgów.
Nie zwróciłabym na to uwagi, gdyby nie fakt, że w tym roku, będąc w najbardziej znanej górskiej miejscowości w Polsce, do mojej głowy wbił się diabeł, który uparcie powtarzał, że absolutnie muszę przywieźć do domu pamiątkę. Nie wiem skąd się tam wziął, bo przecież rzeczone miasteczko odwiedzam ostatnio coraz częściej i równie dobrze, mógł mi tak podszeptywać w lutym obecnego lub zeszłego roku. Albo i tego nadchodzącego również. Nie mówił również, co to ma być za rzecz. Ba! dziwne by było, gdyby powiedział. Bo przecież wyjeżdżając nie mamy celu materialnego w głowie, tylko sam fakt zmiany położenia geograficznego. I zajmuje on tyle miejsca, że niewiele poza nim się mieści.
 
Wracając jednak do początku i tego, skąd głębsza refleksja o pamiątkach - pojechałam. Z diabłem w głowie walczyłam. Przegrałam. Chociaż sama nie wiem, czy tak do końca, to przegrana, czy może remis, czy raczej krakowskim targiem dobita transakcja. Bo pamiątkę przywiozłam, ale taką, z której jestem zadowolona (a to już kolejny miesiąc po powrocie mija), bo i praktyczna, i przyjemna dla oka - po prostu z sensem. Mając w rękach ów przedmiot pomyślałam o wszystkich innych, kupionych na przestrzeni lat i o tym, że niewiele z nich spełniało jakiekolwiek inne funkcje niż ta, że zawalały miejsce w bagażu, a potem skutecznie utrudniały upchnięcie ich w zakamarki mebli wszelakich. Budziły wyrzuty sumienia, kiedy nadchodził moment decyzji o utylizacji wszelakiej.
Pomyślałam o lakierze do paznokci, który kupiłam mamie na swojej drugiej kolonii. O tym, że chyba ani razu go nie użyła, a przecież był taki super - z drobinkami muszli czy innymi specyfikami prosto z morza. Nie, żebym wypoczywała wtedy w Jastarni czy Gdańsku, bo to by miało  wtedy jakiś sens. Siłą rzeczy. Pomyślałam też o szmince, która również nie była ani razu w użyciu, a potem, nie uwierzycie!, przepadła. O wszystkich durnostojach, kamieniach, piasku, muszlach, zbieraczach kurzu czy innym badziewiu. Pomyślałam i przypomniałam sobie, że całkiem niedawno w moim życiu nastał cudowny moment, w którym otrzeźwiałam i przepełniona świadomością o bezsensach pamiątek z obojętnością przechodziłam obok wszystkiego, co na pamiątkę mogłoby się nadawać.
 
Z nową dojrzałością więc wyjeżdżam i wracam z tym, co cieszy mnie dłużej niż 3 minuty i jest bardziej praktyczne, niż góral z muszelek, obowiązkowo made in China, kupiony w Toruniu, żeby nie było. A teraz, jako, że cały czas dopada mnie ten sam problem i 'nie mam się w co ubrać', przywożę różne części garderoby, które mimo tego, że problemu nie rozwiązują bezpośrednio i nadal szafa świeci pustkami (przynajmniej w moich oczach), to wielbię je całym sercem i ciągle mi mało.
 
W ten sposób do mojej szafy wpadła np.: czarna narzutka, a ostatnio szara bluza i spodnie. Dresowe perły, dla których kompletnie straciłam głowę. Jednak to nie koniec listy, ale o tym innym razem.

 
 
fot. Łukasz Trzeciak
blazer: nn / trousers: C&A

niedziela, 21 lipca 2013

mad wolf.

Jak wspominałam w poprzednim poście jestem demonem blogosfery, powalam na kolana swoim szalonym stylem i urywam dupę, bo ogólnie to szał jest. Widoczny w każdym calu. Żeby i tym razem nie odstawać od całości swojego wizerunku (za którym prawdopodobnie trudno Wam nadążyć, bo i ja sama się gubię), prezentuję wymyślny zestaw pt.: 't-shirt & jeansy'. A żeby mu nadać jeszcze bardziej e-passhionowy charakter, co by go nie pomylić z innymi wielkomiejskimi ciuchami, dorzucam komin. Mój ulubiony, a jak! Bo jakby mogło być inaczej. Polecam każdemu - zestaw obowiązkowy na letnie, popołudniowo-wieczorne spacery.
Ale chwila, to nie koniec! Mam jeszcze asa w rękawie, ha! Informację, po której na pewno nikt już nie podniesie się z podłogi, będzie tam leżał i płakał z zazdrości. Totalny nokaut tego wydania! Otóż... koszulka jest z sh. I jest to na tyle istotna informacja, że musiałam o niej napisać właśnie tu i właśnie teraz.
 
fot. Łukasz Trzeciak
T-shirt: nn (sh) / cardigan: H&M

piątek, 10 maja 2013

b-day outfit.

Z okazji roku blogowania (który minął 6.05) nie będę sobie śpiewać sto lat, nie czekam na życzenia i nie będę robić podsumowania tego, co się tutaj działo i jak bardzo się zmieniłam. Nie, bo nie. O, zmieniłam zdjęcie profilowe na fanpage'u bloga i swoje profilowe na koncie google. A poza tym - nic specjalnego. Mogłabym napisać cokolwiek, ale nie są to jakieś porywające historie, każdy ma swoje lepsze i gorsze dni, tygodnie tudzież miesiące, nawet. Wracając jednak do tego jakże małoważnego święta... postanowiłam odświeżyć swój urodzinowy outfit, bo szczerze mówiąc, od ponad miesiąca planowałam kiedyś i tak to zrobić. W prawdzie nie jest to jego w 100% oryginalna wersja, ale powiedzmy, że większa niż mniejsza część jest taka sama. Tunika i legginsy - bez zmian. Komin - miałam, ale zgadnijcie jaki... No  jak nie trudno się domyślić, nie ten różowy, ale nie będę po raz kolejny pokazywać swojego ulubionego w panterkę. Bo ile można... Ach! I buty - to, że nie hasałam w trampkach po śniegu to oczywista oczywistość. A że teraz żar się leje z nieba, to wybrałam wersję light, powiedzmy.
 
On the occasion of a year of blogging (which passed 6.05) I won't sing 'Happy Birthday' to me, I don't want to hear any wishes and I won't write the summary of my blog-life and how much I've changed. No, just won't do this. Oh, I've almost forgotten, I've changed the profile photo on the blog's fanpage. And my profile photo on Blogger account. But other matters - nothing special, at all. I could write anything but these are not catchy stories, everybody has better and worse days, weeks and even months.
Coming back to this meaningless anniversary... I decided to refresh my b-day outfit because, frankly speaking, I was thinking about doing this for longer than a month. It's not 100% oryginal version but, let's say, more than less is the same. Tunic and leggins - no changes. Scarf - I had it but guess which one exactly... It is not so difficult to say that not this one but I won't show the red one with leopard print again. Cause how many times can I do it... Oh! Shoes - the fact that I didn't wear them for last week of March is obvious. This is to say that we had extremely winterish beggining of spring. But the boiling hot is coming, I mean it has came at all, so I chose light option, let's say.
 
fot. Łukasz Trzeciak / me
tunic: nn / bracelet with corals: k&Trend

środa, 20 marca 2013

portraits.

Zimowe portrety od Karoliny Żebrowskiej :)
 
Mistrzyni obiektywu, która sprawiła, że nie mogłam spać po nocach rozmyślając nad tym, które zdjęcia ustawić na nowe profilowe :) A zmiana profilowego to u mnie wielka sprawa i zdarza się na prawdę rzadko - mniej więcej co rok.