followers


Pokazywanie postów oznaczonych etykietą white. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą white. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 18 lutego 2014

once again?

A może by tak podjąć wyzwanie po raz drugi? Po długiej przerwie, ciszy i spokoju? Hm...
 
fot. Łukasz Trzeciak
jacket: nn / necklace: Cropp

czwartek, 24 października 2013

oh, God!

Ostatnie dwa tygodnie i to, co się dzieje w całym tym fashion-świecie wywołały niezłą burzę w mojej głowie. Podsumowując - nie podoba mi się to. Niemodnym gratuluję podejścia do wszystkiego co z modną blogosferą związane, a tym, o których wspominają nawet nie współczuję, bo sami sobie na to zasługują.
Och, należy się też słów kilka o materiale z DDTVN, w którym to Chajzer chciał się dowiedzieć tego i owego od tzw. znawców, czyli blogerów, którzy właśnie twierdzą, że się znają na modzie. Mistrzostwo świata - polecam.
Tyle, że pisząc o jednej i drugiej nagonce nie wiem czy lepiej się śmiać, czy płakać. Bo w sumie to śmieszne. Ale i żałosne. Boli mnie to, że na podstawie tych samozwańczych wyroczni modowych i ekspertów "znających się" na rzeczy rośnie opinia o blogerach tak ogółem. Nawet nie staram się jej przeciwstawiać, bo i po co? Przecież gołym okiem widać, że ludzie mają parcie na szkło, chcą być znani z tego, że są znani i czekają aż ich zdjęcia obiegną sieć. W myśl zasady "nieważne, co mówią, ważne, żeby nie przekręcali nazwiska".
Stąd się bierze moje wielkie zwątpienie. Ręce mi opadają, a motywacja sięga prawie podłogi. Jest źle, a nawet najgorzej. I niewiele wskazuje na to, że sytuacja się zmieni. "Znawcy" nadal będą "znawcami", hejterzy hejterami, a blogerzy blogerami. W szerokim tego słowa znaczeniu.
 
 
fot. Łukasz Trzeciak
H&M skirt / baseball sweatshirt: nn
 

sobota, 31 sierpnia 2013

oh! it's September. almost.

Wstyd i hańba. Ujma na honorze. Mam ochotę się zapaść pod ziemię i nie wychodzić spod niej przez jakiś czas. Bo żeby tyle milczeć i dwa razy obiecywać zmiany, to już lekka przesada. I jeszcze powracać z odgrzewanym kotletem. Kotlet z lipca, bo w sierpniu drzewa mi zasłaniały świat i las nieskończony przeszkadzał w zrobieniu czegokolwiek kreatywnego w tej otchłani zwanej inernetem. Tak to właśnie jest, jak wakacje - dla jednych czas relaksu i błogostanu zwanego popularnie chillem - animują czas 24/7. W dość intensywny sposób. Z dniem dzisiejszym nadeszła wiekopomna chwila, powrót do blogowej działalności i trzeźwości umysłu. Bo choć wakacje jeszcze trwają, to drzew już nie ma, a jedyne co mnie otacza to moja ukochana miejska dżungla.
 
Zostawiam więc lipcowego kotleta odgrzanego, prostego jak zwykle. No, może pomijając biały top - wakacyjne szaleństwo, do utraty tchu.
 
fot. Łukasz Trzeciak
top: H&M


wtorek, 14 maja 2013

black with studs.

Po niemożliwie upalnych dniach (tak, uważam, że były nie-do-wytrzymania) przyszła chwila wytchnienia, czyli pochmurne niebo i temperatura o 10 stopni niższa. Jest wspaniale! Zaczynając pisanie tego posta pomyślałam, że po raz kolejny będę narzekać, a to takie... demotywujące. A przecież nie chcę Was i siebie dołować, tylko w mniejszym lub większym stopniu podnieść na duchu.  Nie, żebym miała jakąś wewnętrzną misję nawracania, czy zaciągania Was do swojej własnej, bądź cudzej sekty... Po prostu tak pomyślałam. Z cichą nadzieją. Że choć jedna osoba spojrzy na te moje blogowe twory i pomyśli coś w stylu "niezła inspiracja" bądź "o! no fajnie!". Mniejsza o to, powiedzmy. Wrócę więc do deszczu i przyjemnego, wiosennego chłodu.
Jak dla mnie, takie chłodniejsze dni, są wspaniałą okazją, ba! wyzwaniem nawet, do ubrania się odpowiednio. Co w naszym klimacie nie jest taką oczywistą sprawą jakby mogło się wydawać. I powie to każdy cudzoziemiec, który zagościł u nas na dłużej. Powie, że to jest nieprzewidywalny klimat, że pogoda jest chora na głowę (o ile ożywiając ją dostanie w ogóle od nas tę część ciała), i że powinna się leczyć. Wariatka. Chora psychicznie jest. Bo z nią nigdy nic nie wiadomo. Nieobliczalny potwór. Oh, jasne, że jak jest konkretne lato, to jest konkretne lato. Ale nagle - bach - grad. Jak grom z jasnego nieba. O, i gromy też się zdarzają. I silne wichury, powodzie, zawieje i zamiecie także. Albo, powiedzmy, taka zima siarczysta, usłana mrozem. I bang! następnego dnia, potoki stopniałego śniegu na ulicach, żyć się nie da, plucha wszędzie, spodnie po kolana utytłane we wszystkim - począwszy od śniegu, błota pośniegowego, przez piach, sól (co akurat winą pogody nie jest), skończywszy na psich kupach czających się na każdym rogu i nie rogu trawnika. Dość obrzydliwe, przyznacie. Ale to wszystko przez pogodę, mówię Wam.
 
Odrywając się od dość rozległych tematów i kończąc tę przydługa dygresję powiem, że to jest właśnie wyzwanie, które podejmuję za każdym razem z uśmiechem. Dobra, przesadziłam. Nie za każdym razem, bo ile można. Zazwyczaj z uśmiechem, tak lepiej. Patrząc na termometr i pogodynkę - wiecie, taką domową stację meteorologiczną, która niby, czary mary, i mówi, jak się zmieni lub nie zmieni - więc patrzę i myślę "tak? no to patrz! wariatko!". I wtedy podnoszę rzuconą przez pogodę rękawicę, biegnę do szafy i rozpoczyna się bój. Pomijam codzienne dylematy, o których już tyle razy pisałam. A jak ktoś nie czytał, to powiem wprost - pomijam dylemat "w co się ubrać" w znaczeniu doboru koloru itp. Pomijam, czyli daję mu spokój w tym momencie.  Nie żeby w ogóle. Bo się nie da. I potem jest starcie ostateczne, trwające dość długo. To jest ta bitwa właśnie - wychodzę z domu uzbrojona po uszy we wszystko, co może się przydać i nie przydać, też. I potem nastaje ten moment... ten moment, kiedy ona, pogoda w sensie, przegrywa. Bo mnie nie zaskakuje. Ten moment jest cudowny. Gorzej jest, kiedy to ja przegrywam. A to też się zdarza. Rzadko. Ale jednak. Wtedy, jak przegrywam, jest mi źle. I są tutaj dwie opcje - albo jest mi zimo/mokro, czyli po prostu źle. Ale jest mi również źle, a nawet najgorzej, bo noszę ze sobą swój przeciwpogodowy dobytek przez cały dzień i żadnego z jego elementów nie używam. Wtedy czuję się przegraną. To jest moja porażka dnia codziennego. Nauczyłam się jednak z nimi żyć, radzę sobie. Nawet całkiem nieźle.
 
Po raz drugi już, kończąc tematy poboczne chcę wrócić do tego głównego. Wiosna jest. Czasem lato. Ale ogólnie to wiosna. I to jest piękne, ten chłodny wiatr, ten deszcz i zieleń. To na prawdę podbija moje serce, chwyta i ściska je z całych sił. Wtedy bez wyrzutów sumienia mogę założyć jeansy, czy legginsy i beztrosko wyjść z domu. Wspaniałe jest to, że biorąc jeden ciuch, potocznie zwany 'długim rękawem' wygrywam wojnę dnia. Ewentualnie jeszcze parasol. Ale niekoniecznie, bo przecież można rzeczony długi rękaw skołować taki z kapturem. I to też działa. Jest na prawdę wspaniale!
 
Z tej okazji życzę Wam samych wygranych bitew i wojen. Z wariatką. Ale pamiętajcie, ona jest nieprzewidywalna i najlepsza taktyka to ją zaskoczyć, o!
 
fot. Łukasz Trzeciak
waistcoat: nn (sh) + DIY / neon bracelets: by dziubeka

piątek, 10 maja 2013

b-day outfit.

Z okazji roku blogowania (który minął 6.05) nie będę sobie śpiewać sto lat, nie czekam na życzenia i nie będę robić podsumowania tego, co się tutaj działo i jak bardzo się zmieniłam. Nie, bo nie. O, zmieniłam zdjęcie profilowe na fanpage'u bloga i swoje profilowe na koncie google. A poza tym - nic specjalnego. Mogłabym napisać cokolwiek, ale nie są to jakieś porywające historie, każdy ma swoje lepsze i gorsze dni, tygodnie tudzież miesiące, nawet. Wracając jednak do tego jakże małoważnego święta... postanowiłam odświeżyć swój urodzinowy outfit, bo szczerze mówiąc, od ponad miesiąca planowałam kiedyś i tak to zrobić. W prawdzie nie jest to jego w 100% oryginalna wersja, ale powiedzmy, że większa niż mniejsza część jest taka sama. Tunika i legginsy - bez zmian. Komin - miałam, ale zgadnijcie jaki... No  jak nie trudno się domyślić, nie ten różowy, ale nie będę po raz kolejny pokazywać swojego ulubionego w panterkę. Bo ile można... Ach! I buty - to, że nie hasałam w trampkach po śniegu to oczywista oczywistość. A że teraz żar się leje z nieba, to wybrałam wersję light, powiedzmy.
 
On the occasion of a year of blogging (which passed 6.05) I won't sing 'Happy Birthday' to me, I don't want to hear any wishes and I won't write the summary of my blog-life and how much I've changed. No, just won't do this. Oh, I've almost forgotten, I've changed the profile photo on the blog's fanpage. And my profile photo on Blogger account. But other matters - nothing special, at all. I could write anything but these are not catchy stories, everybody has better and worse days, weeks and even months.
Coming back to this meaningless anniversary... I decided to refresh my b-day outfit because, frankly speaking, I was thinking about doing this for longer than a month. It's not 100% oryginal version but, let's say, more than less is the same. Tunic and leggins - no changes. Scarf - I had it but guess which one exactly... It is not so difficult to say that not this one but I won't show the red one with leopard print again. Cause how many times can I do it... Oh! Shoes - the fact that I didn't wear them for last week of March is obvious. This is to say that we had extremely winterish beggining of spring. But the boiling hot is coming, I mean it has came at all, so I chose light option, let's say.
 
fot. Łukasz Trzeciak / me
tunic: nn / bracelet with corals: k&Trend

niedziela, 3 marca 2013

SnowTime 2013

Tym razem krótka relacja i usprawiedliwienie w jednym. Prawie dwa tygodnie nic tu się nie działo, a to dlatego, że organizowałam studencki wyjazd zimowy. Urwanie głowy nie z tej ziemi, ale na szczęście wszystko poszło zgodnie z planem, iwszyscy wróciliśmy cali i zdrowi do domu.
 
A teraz zapraszam do Zakopanego, gdzie na ulicach śniegu jest coraz mniej, jednak mimo to atmosfera górska daje się we znaki w każdym zakamarku tej miejscowości.
Outfit wyjazdowy, bardzo sportowo-zimowy. Potwierdzenie, że zima w ogromnymi kurtkami snowboardowymi jest super i że widoki ze stoku również są super! Jako dopełnienie i wisienka na torciku - torba ekologiczna DIY :)
 



 fot. Łukasz Trzeciak || me
 
bag: DIY / jacket: Bonfire / cap: nn

sobota, 16 lutego 2013

winter - so cool!

Słucham jak inni narzekają na zimę - czytam komentarze i posty na blogach, słucham jak narzekają ludzie w autobusach, w metrze i na ulicy. Na facebooku huczy od zimowych hejterów. Patrzę na to wszystko i własnym oczom nie wierzę!
Jak jest zima, to musi być zimo; jak jest luty to śniegu powinno być po pas i przynajmniej -10 na termometrze.
Dookoła wszędzie te same pytania - ale dlaczego? ale co robić? ale co nosić? ale jak żyć?! I moja odpowiedź na to wszystko jest dość prozaiczna - robić wszystko to, czego w innych porach roku nie można. I z ciuchami podobnie - wyciągnąć z szafy to, co zalega na dnie przez cały rok.
 
I te wszystkie narzekające posty, dialogi, monologi, komentarze, wpisy, reklamy i co tam jeszcze może marudzić sprowokowało mnie do wygrzebania w czeluściach sieci motywujące elementy zimowe. Ot, moja mała lista zimowych miłości:
 
Luźne kurtki (snowboardowe), pod które można włożyć co tylko się chce - byle było ciepło.
 
 
Grube bluzy i swetry - noszone w przeróżnych kombinacjach i fasonach. Bardziej eleganckie, czasem bardziej sportowe, a czasem z przymrużeniem oka.
 
Grube szaliki - noszone do wszystkiego. Do puchowych kurtek, do sportowych bluz, do topów. Bez względu na to, czy idzie się na zajęcia, czy na bardziej oficjalne spotkanie.
 
 
Skarpety, które bezkarnie mogą być podciągnięte za kostki. Grzeją i wyglądają - dwa w jednym i czego chcieć więcej?
 
 
Kawa na wynos, która nie dość, że rozgrzewa, to jeszcze pobudza z samego rana. Niby zima nie jest dla niej usprawiedliwieniem i można ją pić zawsze, ale to właśnie teraz wielbię ją najbardziej.
 
 
Herbata - idealna po przyjściu do domu i całym dniu zimowych zmagań z mrozem, śniegiem i całym codziennym życiem.
 
 
Śnieg pokrywający wszystko i przez to nadający bajkowości codziennemu życiu w biegu, wspaniale skrzypiący pod butami, wpadający za kołnierz i osiadający na kurtkach tak, że można przyjrzeć się każdemu płatkowi z osobna.
 
 
Górskie widoki, jakich nie zazna się podczas pieszych wędrówek.
 
  
 Wylegiwanie się na słońcu w przerwie między gorącą czekoladą a kolejnymi godzinami białego szaleństwa. O, tak!
 
 
A w mieście co lubię? Lubię zaspy na chodnikach, lubię czerwone nosy przechodniów, lubię jak trzeba skrobać szyby w samochodzie i lubię jak są korki, bo ludzie boją się zaśnieżonych ulic. Tak - to jest właśnie to, na co czekam z pierwszym śniegiem :)
 
Tak więc to są moje zimowe love, którymi właśnie teraz żyję każdego dnia :)
n-joy!