followers


Pokazywanie postów oznaczonych etykietą leggins. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą leggins. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 6 października 2013

autumn is coming.

Moi drodzy, wiadomość z ostatniej chwili! Idzie jesień! A w sumie to już przyszła i nieźle daje o sobie znać. Częstuje nas porannymi mgłami, chłodem, deszczem i niższymi temperaturami. W sklepach pojawiają się czapki, szaliki i grube kurtki. Kalendarz zapełnia się kolejnymi zajęciami i milionem spraw do załatwienia. Jest pięknie! I nie mogę doczekać się zimy. Serio!
 
A jeśli chodzi o outfit, to tunikę do tej pory miałam na sobie raz. Mimo tego, że w szafie zaległa już ładnych parę lat temu. Podobnie z tym jeansowym żakietem (marynarką, czy jak to tam nazwać...). Kupiłam, nosiłam, a potem przestałam. I po ostatnich rozmowach o ciuchach porzuconych w szafie postanowiłam odkopać ;)
 
fot. Łukasz Trzeciak
tunic: Terranova / jacket: nn (sh)

wtorek, 14 maja 2013

black with studs.

Po niemożliwie upalnych dniach (tak, uważam, że były nie-do-wytrzymania) przyszła chwila wytchnienia, czyli pochmurne niebo i temperatura o 10 stopni niższa. Jest wspaniale! Zaczynając pisanie tego posta pomyślałam, że po raz kolejny będę narzekać, a to takie... demotywujące. A przecież nie chcę Was i siebie dołować, tylko w mniejszym lub większym stopniu podnieść na duchu.  Nie, żebym miała jakąś wewnętrzną misję nawracania, czy zaciągania Was do swojej własnej, bądź cudzej sekty... Po prostu tak pomyślałam. Z cichą nadzieją. Że choć jedna osoba spojrzy na te moje blogowe twory i pomyśli coś w stylu "niezła inspiracja" bądź "o! no fajnie!". Mniejsza o to, powiedzmy. Wrócę więc do deszczu i przyjemnego, wiosennego chłodu.
Jak dla mnie, takie chłodniejsze dni, są wspaniałą okazją, ba! wyzwaniem nawet, do ubrania się odpowiednio. Co w naszym klimacie nie jest taką oczywistą sprawą jakby mogło się wydawać. I powie to każdy cudzoziemiec, który zagościł u nas na dłużej. Powie, że to jest nieprzewidywalny klimat, że pogoda jest chora na głowę (o ile ożywiając ją dostanie w ogóle od nas tę część ciała), i że powinna się leczyć. Wariatka. Chora psychicznie jest. Bo z nią nigdy nic nie wiadomo. Nieobliczalny potwór. Oh, jasne, że jak jest konkretne lato, to jest konkretne lato. Ale nagle - bach - grad. Jak grom z jasnego nieba. O, i gromy też się zdarzają. I silne wichury, powodzie, zawieje i zamiecie także. Albo, powiedzmy, taka zima siarczysta, usłana mrozem. I bang! następnego dnia, potoki stopniałego śniegu na ulicach, żyć się nie da, plucha wszędzie, spodnie po kolana utytłane we wszystkim - począwszy od śniegu, błota pośniegowego, przez piach, sól (co akurat winą pogody nie jest), skończywszy na psich kupach czających się na każdym rogu i nie rogu trawnika. Dość obrzydliwe, przyznacie. Ale to wszystko przez pogodę, mówię Wam.
 
Odrywając się od dość rozległych tematów i kończąc tę przydługa dygresję powiem, że to jest właśnie wyzwanie, które podejmuję za każdym razem z uśmiechem. Dobra, przesadziłam. Nie za każdym razem, bo ile można. Zazwyczaj z uśmiechem, tak lepiej. Patrząc na termometr i pogodynkę - wiecie, taką domową stację meteorologiczną, która niby, czary mary, i mówi, jak się zmieni lub nie zmieni - więc patrzę i myślę "tak? no to patrz! wariatko!". I wtedy podnoszę rzuconą przez pogodę rękawicę, biegnę do szafy i rozpoczyna się bój. Pomijam codzienne dylematy, o których już tyle razy pisałam. A jak ktoś nie czytał, to powiem wprost - pomijam dylemat "w co się ubrać" w znaczeniu doboru koloru itp. Pomijam, czyli daję mu spokój w tym momencie.  Nie żeby w ogóle. Bo się nie da. I potem jest starcie ostateczne, trwające dość długo. To jest ta bitwa właśnie - wychodzę z domu uzbrojona po uszy we wszystko, co może się przydać i nie przydać, też. I potem nastaje ten moment... ten moment, kiedy ona, pogoda w sensie, przegrywa. Bo mnie nie zaskakuje. Ten moment jest cudowny. Gorzej jest, kiedy to ja przegrywam. A to też się zdarza. Rzadko. Ale jednak. Wtedy, jak przegrywam, jest mi źle. I są tutaj dwie opcje - albo jest mi zimo/mokro, czyli po prostu źle. Ale jest mi również źle, a nawet najgorzej, bo noszę ze sobą swój przeciwpogodowy dobytek przez cały dzień i żadnego z jego elementów nie używam. Wtedy czuję się przegraną. To jest moja porażka dnia codziennego. Nauczyłam się jednak z nimi żyć, radzę sobie. Nawet całkiem nieźle.
 
Po raz drugi już, kończąc tematy poboczne chcę wrócić do tego głównego. Wiosna jest. Czasem lato. Ale ogólnie to wiosna. I to jest piękne, ten chłodny wiatr, ten deszcz i zieleń. To na prawdę podbija moje serce, chwyta i ściska je z całych sił. Wtedy bez wyrzutów sumienia mogę założyć jeansy, czy legginsy i beztrosko wyjść z domu. Wspaniałe jest to, że biorąc jeden ciuch, potocznie zwany 'długim rękawem' wygrywam wojnę dnia. Ewentualnie jeszcze parasol. Ale niekoniecznie, bo przecież można rzeczony długi rękaw skołować taki z kapturem. I to też działa. Jest na prawdę wspaniale!
 
Z tej okazji życzę Wam samych wygranych bitew i wojen. Z wariatką. Ale pamiętajcie, ona jest nieprzewidywalna i najlepsza taktyka to ją zaskoczyć, o!
 
fot. Łukasz Trzeciak
waistcoat: nn (sh) + DIY / neon bracelets: by dziubeka

piątek, 10 maja 2013

b-day outfit.

Z okazji roku blogowania (który minął 6.05) nie będę sobie śpiewać sto lat, nie czekam na życzenia i nie będę robić podsumowania tego, co się tutaj działo i jak bardzo się zmieniłam. Nie, bo nie. O, zmieniłam zdjęcie profilowe na fanpage'u bloga i swoje profilowe na koncie google. A poza tym - nic specjalnego. Mogłabym napisać cokolwiek, ale nie są to jakieś porywające historie, każdy ma swoje lepsze i gorsze dni, tygodnie tudzież miesiące, nawet. Wracając jednak do tego jakże małoważnego święta... postanowiłam odświeżyć swój urodzinowy outfit, bo szczerze mówiąc, od ponad miesiąca planowałam kiedyś i tak to zrobić. W prawdzie nie jest to jego w 100% oryginalna wersja, ale powiedzmy, że większa niż mniejsza część jest taka sama. Tunika i legginsy - bez zmian. Komin - miałam, ale zgadnijcie jaki... No  jak nie trudno się domyślić, nie ten różowy, ale nie będę po raz kolejny pokazywać swojego ulubionego w panterkę. Bo ile można... Ach! I buty - to, że nie hasałam w trampkach po śniegu to oczywista oczywistość. A że teraz żar się leje z nieba, to wybrałam wersję light, powiedzmy.
 
On the occasion of a year of blogging (which passed 6.05) I won't sing 'Happy Birthday' to me, I don't want to hear any wishes and I won't write the summary of my blog-life and how much I've changed. No, just won't do this. Oh, I've almost forgotten, I've changed the profile photo on the blog's fanpage. And my profile photo on Blogger account. But other matters - nothing special, at all. I could write anything but these are not catchy stories, everybody has better and worse days, weeks and even months.
Coming back to this meaningless anniversary... I decided to refresh my b-day outfit because, frankly speaking, I was thinking about doing this for longer than a month. It's not 100% oryginal version but, let's say, more than less is the same. Tunic and leggins - no changes. Scarf - I had it but guess which one exactly... It is not so difficult to say that not this one but I won't show the red one with leopard print again. Cause how many times can I do it... Oh! Shoes - the fact that I didn't wear them for last week of March is obvious. This is to say that we had extremely winterish beggining of spring. But the boiling hot is coming, I mean it has came at all, so I chose light option, let's say.
 
fot. Łukasz Trzeciak / me
tunic: nn / bracelet with corals: k&Trend

piątek, 8 lutego 2013

re-winter time.

Tak, tak, TAK!! W końcu powróciła do nas zima! Mam nadzieję, że jeszcze pokaże, co potrafi i dosypie śniegu, który się utrzyma przynajmniej do marca!
I nie dość, że śnieg tak pozytywnie mnie nastroił, to jeszcze słońce - bajka!
A po megaudanych zdjęciach - megaudane zakupy. Żyć nie umierać!
 
Od poniedziałku oficjalnie zaczynam tydzień ferii, choć tak na prawdę będzie to czas załatwiania miliona spraw. Zapewne wszystko na wysokich obrotach, ale mam nadzieję, że nie będzie aż tak źle i wory pod oczami, które zagościły na mojej twarzy już dawno, znikną ;)
 
Yes, yes, YES!! Winter came back! I hope it'll show that it's beautiful and snow will be snowing and snowing and will stay till March!
And not only snow made my day but also sun - so fabulous! And after taking the photos (best this year) I did shopping - also best this year ;)
 
On Monday it's my first day of the winter break but it will be busy time, at all. I've so many things to do so I expect my week on top gear, again. But I hope my bags under the eyes will disappear!
 
fot. Łukasz Trzeciak
 
sweatshirt: Carry (%), cap: nn 

środa, 16 stycznia 2013

b&w

Pewnego dnia zamarzyły mi się zebrowe legginsy. Znalazłam je na allegro, zamówiłam - przyszły. Jak się okazało, kupowanie rozmiaru uniwersalnego w moim przypadku jest złe - zamiast być legginsami są takim... w sumie... nie wiem czym... za luźne. No ale ta zebra... - po prostu musiałam!
 
Kiedy już je miałam w ręku od razu pomyślałam, że pasować do niej będzie czarna, dłuższa bluzka. I, na szczęście, upolowałam ją na najbliższych wyprzedażach :)
 
One day I dreamt of zebra leggins. I found them on allegro, ordered  and got them very quickly. Than it turned out that ordering uni-size was bad idea cause they aren't leggins but... something... I don't know how to say it ... too loose. But this zebra pattern... - I just had to buy them!
 
And when I got them I thought about black, a bit longer blouse. Lucky me, I found it during first sales after buying leggins :)
 
 fot. Łukasz Trzeciak
leggins: nn / blouse: Carry

wtorek, 9 października 2012

hot or hat?

Nowością nie jest, że jesień zadomowiła się u nas na dobre. Z jednej strony się cieszę, bo na prawdę miałam już dość tych ciepłych dni (o upalnych nie wspominając)... A z drugiej strony szkoda, że słońce już nie będzie tak radośnie kolorować dni.

Z myślą o chłodniejszych dniach (głównie tych zimowych spędzanych na stoku) kupiłam sobie czapkę smerfa albo hipstera, jak kto woli.
Nowiuśką, nienoszoną zabrałam na wyjazd integracyjny swojego wydziału i, cóż, w skrócie mówiąc pochłonęła ją impreza - krążyła z rąk do rąk i w efekcie do domu wróciłam bez niej. Jednak w miniony weekend, uzbrojona w kupony rabatowe wybrałam się po kolejną mając także zamówienie od znajomych, którym tak bardzo się spodobała. Odchodząc od kasy, z uśmiechem na twarzy i radością w sercu odebrałam telefon z informacją, że czapka się znalazła. Nie będę przytaczać okoliczności, najważniejsze, że była cała i zdrowa. Efektem tej całej sytuacji jest jej nowy właściciel, moja nowa czapka i ogólna podjarka znajomych ową skarpetą.

 

Jednak czapka to nie wszystko... W obawie przed deszczem, chłodem, wiatrem, słońcem, mrozem, śniegiem, gradem, burzą itp. w swojej torbie mam pół garderoby. Codziennie rano (to akurat żadna nowość) staję przed dylematem "w co dziś się ubrać??!!", a kryzys następuje w momencie zakładania butów, których nigdy nie jestem pewna w 100%. Ostatecznie z braku czasu wybieram opcję, którą akurat mam na sobie (w momencie patrzenia na zegarek, bo już jestem spóźniona bardziej niż zwykle). Scenariusz taki powtarza się każdego dnia - wstaję spóźniona, szafowe dylematy jeszcze bardziej mnie dołują, a dobieranie butów jest istną masakrą dnia każdego.
Wracając jednak do garderoby w mojej torebce - parasol, czapka, okulary przeciw słoneczne, czasem szalik i buty na zmianę - dla mojej niegdyś pięknej i foremnej torebki (a'la teczki) są końcem. Ona po prostu tego nie wytrzymuje! A ja z kolei nie wytrzymuję bez tych wszystkich rzeczy. I nie pomagają lamenty, błagania, płacze i prośby - z dnia na dzień coraz bardziej się buntuje i, mam wrażenie, mieści się w niej coraz mnie rzeczy.
 

Powracając jednak do tematu jesieni warto wspomnieć o cebuli, która ma warstwy i ogry mają z nią niby wiele wspólnego. Warzywa warzywami, ale ubierać się na cebulkę nie lubię jakoś przesadnie, jednak w naszym wspaniałym klimacie jest to po prostu konieczne. Tak więc jest i cebula - t-shirt, bluzka z długimi rękawami, kurtka. Dość skromnie... Do tego szalik plus moja nowa czapka i można spacerować. W sumie polecałabym jakieś normalne spodnie, a nie leginsy na takie eskapady, ale wszystko jest do przeżycia i na błędach człowiek się uczy. Zatem ubierajcie się cieplutko i korzystajcie z kolorowej jesieni, póki jeszcze można. 

fot. Łukasz Trzeciak
hat : C & A

PS. Tak, zakończyłam tego posta pięknym zdaniem o kolorowej jesieni i dorzuciłam zdjęcie zielonych wiosennych drzew - n.joy!