followers


Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pearls. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pearls. Pokaż wszystkie posty

sobota, 31 sierpnia 2013

oh! it's September. almost.

Wstyd i hańba. Ujma na honorze. Mam ochotę się zapaść pod ziemię i nie wychodzić spod niej przez jakiś czas. Bo żeby tyle milczeć i dwa razy obiecywać zmiany, to już lekka przesada. I jeszcze powracać z odgrzewanym kotletem. Kotlet z lipca, bo w sierpniu drzewa mi zasłaniały świat i las nieskończony przeszkadzał w zrobieniu czegokolwiek kreatywnego w tej otchłani zwanej inernetem. Tak to właśnie jest, jak wakacje - dla jednych czas relaksu i błogostanu zwanego popularnie chillem - animują czas 24/7. W dość intensywny sposób. Z dniem dzisiejszym nadeszła wiekopomna chwila, powrót do blogowej działalności i trzeźwości umysłu. Bo choć wakacje jeszcze trwają, to drzew już nie ma, a jedyne co mnie otacza to moja ukochana miejska dżungla.
 
Zostawiam więc lipcowego kotleta odgrzanego, prostego jak zwykle. No, może pomijając biały top - wakacyjne szaleństwo, do utraty tchu.
 
fot. Łukasz Trzeciak
top: H&M


wtorek, 16 lipca 2013

call me CRAZY.

Post po ponad dwóch tygodniach. W sumie mogłabym znowu ponarzekać na życie/świat/to, że nie mam się w co ubrać/na pogodę/na lato/na wakacje/na cokolwiek, ale uwaga, uwaga - nie tym razem!
 
Tym razem stwierdzę fakt. Fakt, który widać gołym okiem i aż wierzyć się nie chce, że tak właśnie jest. Otóż: jestem przepełniona fashionową (neologizm pierwsza klasa!) prostotą. Tak przepełniona, że topię się w niej i zachłystuję za każdym razem kiedy spoglądam na to, co tu wstawiam. Nie, żebym nie miała w sobie pierwiastka wariata, bo przecież jestem taka szalona... Tu przemawia przeze mnie śmiech z samej siebie. Polecam.
Ja po prostu tak już mam, że nie zakładam na siebie miliona warstw, nie robię z siebie clowna i nie chcę, żeby ludzie patrząc na mnie zastanawiali się, czy uciekłam z balu przebierańców czy innej tego typu imprezy.
Więc dzisiaj, ta dam! wow! brawa! szaleństwo w czystej postaci! czerwony top! Szał jest, dupę urywa! Oh yeah!
Taki właśnie paradoks - nie mogę wysiedzieć spokojnie w miejscu, zawsze muszę coś robić i być czymś zajęta, a z wyglądu... nuda! Flaki z olejem!

Dodam jeszcze, że baleriny w kropki już widzieliście, szary szalik również; jeansy też. I żeby nie było "a nie mówiłam?".

fot. Łukasz Trzeciak
Diverse shoes / blezer: nn

niedziela, 23 czerwca 2013

too bright.

Za jasno. Jestem blada. Masakrycznie blada. Odbijam promienie słoneczne od siebie i rozświetlam nimi okolicę w promieniu kilku kilometrów. I teraz uwaga, hit sezonu - słońce! I mój popłoch, histeria i panika, w której uciekam z głośnym krzykiem przed każdym miejscem, do którego docierają jego radosne promienie. Fantastycznie. Teraz przynajmniej mam wytłumaczenie, dlaczego żyję w biegu. Zaraz pewnie ktoś z Was powie, że po to są kremy z filtrem, żeby je stosować, ale zanim to nastąpi zdradzę pewną tajemnicę - jestem kremofobem. Nienawidzę ich. Jestem chora jak mam się nasmarować tą tłustą, oblepiającą ciało mazią. Ale, paradoksalnie, zaczęłam je uznawać po pewnych wakacjach i wyjeździe, który spędziłam nad wodą, w pełnym słońcu. Bez użycia nawet grama jakiegokolwiek kremu, nawet tego z najmniejszym filtrem. Po latach składam sobie gratulacje, biję brawo i pukam się w czoło. Moja własna głupota przewyższyła najwyższe szczyty tej planety. Głupia, myślałam, że jak się nie nasmaruję, to się ładniej opalę. Nie chodziło mi o opalenie się na raka czy inne zwierzę typu prosiak, ale tak jakoś wyszło. I później problem z każdym ruchem. Każdy z nas to zna, a jak nie, to nie polecam.
Zostawiam Was więc z moją za jasną karnacją, za jasnymi (na mój styl życia) spodniami i za jasnym słońcem, które mnie oślepia. Bo jak ostatnio wspominałam na fanpage'u - mam nietypowy dar psucia okularów przeciwsłonecznych. Te są ostatnimi, które aktualnie mi się podobają. Zalegających na dnie szuflady par nie liczę, bo ich czas minął. Przynajmniej na chwilę obecną.
 

fot. Łukasz Trzeciak
bracelets: DIY / blouse: H&M (%) / trousers: Bershka

niedziela, 16 czerwca 2013

promised.

Po pierwsze chciałam powiedzieć, że miałam wstawić tę notkę w środku tygodnia, tak koło środy. Cóż, zagięcie czasoprzestrzeni nie pozwoliło mi jednak tego zrobić, a może tylko tak sobie wmawiam i to przez nawał pracy. Sama już nie wiem. Bo ile można tłumaczyć się zapracowaniem w czasie sesji, mając tylko jeden egzamin i tak już za sobą...
Ale żeby nie wyjść na człowieka, który kryje się pracą powiem tyle - można. Można nie mieć czasu w wakacje... Ale to długa i nie wiem czy na tyle porywająca historia, żeby ją tu i teraz opisywać.
 
Nie żebym chciała znowu narzekać, ale takie zapracowanie i wieczny brak czasu towarzyszą mi chyba od zawsze, a na pewno od magicznego momentu, jakim było rozpoczęcie studiów. Czyli niedługo stuknął trzy lata. Świetnie.
I właśnie z tego powodu (zapracowania, nie tego, że to już prawie trzy lata) spełniam dziś obietnicę złożoną na początku prowadzenia bloga -13 maja - dokładnie rzecz ujmując.
Kurtkę miałam zaprezentować w kolejnej notce, ale jakoś się nie złożyło. Ani w kolejnej, ani w żadnej innej, co nie oznacza, że kurtka wpadła w czarną szafową dziurę i jest nieużywana. Bo w czasie wiosennym praktycznie non stop, a przynajmniej często. Bardzo często.
 
I uwaga, uwaga! To nie wszystko, bo czeka nas również kolejna premiera. Mistrzostwo świata, rozłóżcie czerwony dywan, czekam na oklaski. Ale zanim to nastąpi prezentuję przydługa dygresję: zdałam sobie sprawę, że mimo tego, że moja szafa atakuje mnie codziennie toną ubrań (a ja mimo to, nie wiem, co na siebie włożyć), to na blogu nie pokazałam jeszcze miliona z nich. I tak oto, przejdźmy do sedna sprawy, kolejna nowość - spodnie. W szafie od dwóch, czy trzech lat. Ratują moje cztery litery zarówno latem, jak i zimą. A wszystko dzięki temu, że są luźne. Zimą zakładam do nich buty turystyczne i nie martwię się, że śnieg wpadnie do środka. A latem mogę je podwinąć i jest pięknie. Idealnie na plażę i zachody słońca, kiedy ma się ochotę pospacerować brzegiem morza.
 
fot. Łukasz Trzeciak
 
H&M jacket / trousers: Diverse
 

wtorek, 12 marca 2013

Snow White.

Kolejne zdjęcia ze śniegiem w tle! Bardzo mnie to cieszy, szczególnie, że okoliczności ich zrobienia były nowe :) Długo wyczekiwana sesja z Karoliną Żebrowską! Umawiałyśmy się na nią bardzo długo i w końcu się udało! Jestem bardzo, bardzo, BARDZO zadowolona z efektów, a współpraca z Karoliną to czysta przyjemność i, paradoksalnie, gorrrąco polecam każdemu :)
 
Po obejrzeniu zdjęć pierwsze moje skojarzenie to Królewna Śnieżka, która nie dość, że biła po oczach swoją bladością, to zawsze była otoczona zwierzętami. U mnie odcień cery bez zmian, jednak występuję tylko w otoczeniu gołębi. Zawsze coś ;)
 
Słów kilka o zestawie - spódnica była już w tym poście, a reszta dość klasyczna. Czyli tak, jak lubię :)
 
 
over knee socks : Marylin

środa, 16 stycznia 2013

b&w

Pewnego dnia zamarzyły mi się zebrowe legginsy. Znalazłam je na allegro, zamówiłam - przyszły. Jak się okazało, kupowanie rozmiaru uniwersalnego w moim przypadku jest złe - zamiast być legginsami są takim... w sumie... nie wiem czym... za luźne. No ale ta zebra... - po prostu musiałam!
 
Kiedy już je miałam w ręku od razu pomyślałam, że pasować do niej będzie czarna, dłuższa bluzka. I, na szczęście, upolowałam ją na najbliższych wyprzedażach :)
 
One day I dreamt of zebra leggins. I found them on allegro, ordered  and got them very quickly. Than it turned out that ordering uni-size was bad idea cause they aren't leggins but... something... I don't know how to say it ... too loose. But this zebra pattern... - I just had to buy them!
 
And when I got them I thought about black, a bit longer blouse. Lucky me, I found it during first sales after buying leggins :)
 
 fot. Łukasz Trzeciak
leggins: nn / blouse: Carry