followers


Pokazywanie postów oznaczonych etykietą waistcoat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą waistcoat. Pokaż wszystkie posty

piątek, 11 kwietnia 2014

she's like a cup of coffee.

Jakoś tak mnie nachodzi ostatnimi czasy na spódnice. Nie wiem, wiosna czy coś... Ta akurat jest hitem z internetu (spódnica, nie wiosna). Upolowana na allegro w ostatnich minutach aukcji, za jakieś śmieszne pieniądze. A w gratisie dostałam koszulkę i kolczyki. Nie, żeby cokolwiek z tej magicznej przesyłki do siebie pasowało, no ale kaman! Całkiem sympatycznie :)
 
A jak ktoś śledzi bloga Basi, to widział, że bransoletka zagościła również u niej. Dlaczego? Bo mi się kojarzy (Basia w sensie) z kawą, ciepłem i optymizmem. Więc zrobiłam bransoletkę, która moim zdaniem jest taka, jak Basia (ciepła i w kolorach kawy - tu przenośnia). Wysłałam i czekałam z niepewnością na wieści. Podobno się podoba ;) Cieszy mnie to niezmiernie!
 
No! A przez tę niespodziankę czekałam z publikacją posta. Czekałam, czekałam, prezent dotarł, Basia się uwinęła z notką, a ja w lesie. Ale! Do czasu!
 
fot. Łukasz
 
skirt: nn (allegro) / bag: Adidas NEO / bracelet: DIY

czwartek, 27 marca 2014

long, long way.

Ostatnio była spódnica, to teraz czas na dres! To już drugi na blogu - WOW! O pierwszym było w poście souvenirs, jako o pamiątce wyrwanej z zalewy tandety wszelakiej.
A tym razem dresik jako turboprzygotowanie do podróży. Bo jak podróżować z jednego końca Polski na drugi jak nie w dresie?
Krótkie story porównawcze - Waw-Zak i z powrotem w dresie. Było wspaniale. No, prawie, bo towarzystwo w drodze powrotnej, konkretniej od Krakowa do Warszawy, było tak rozentuzjazmowane, że nadawało przez całą podróż. Wiem już wszystko - od tego, jak powinno się zapinać pasy w autokarze, przez plan podróży do Lizbony, to, że jedna z dziewczyn zna Warszawę i poprowadzi resztę, po newsa z ułamaną nóżką w walizce jednej z podróżujących. I jeszcze wiem, z czym miały kanapki. Bo lunch time w środku nocy był obowiązkowy. Tak obowiązkowy jak narzekanie, że 'jedzenie o tej porze...' blablabla. Surround sound wybitny.
A teraz relacja Waw-Gda - w jeansach. Masakra. Po prostu MASAKRA! Tyle w temacie. No, chyba, że przekonuje Was to, że podróż z Zakopanego do Warszawy tak bardzo mnie zmęczyła, że nawet jeansy mi potem przeszkadzały (bo ten szalony dystans pokonywałam jednego dnia, z godzinną przerwą na przesiadkę - żalę się, nie chwalę). Ale ja tego nie kupuję. Totalnie nie!
 
Więc dres bije wszystko na głowę, ot co! A outfit nie z podróży, tak tylko do niej nawiązałam ;)
 
 
fot. Łukasz
 
 trousers: New Yorker / top: H&M
PS. Łączenie kamizelki z kurtką już było tu, a top tutaj w wydaniu jesiennym (to chyba moje ulubione połączenie) i w wersjach letnich tu i tu.

piątek, 11 października 2013

perfect matching.

Ostatnio sprzedałam Wam newsa świeżością dorównującego ciepłym bułeczkom - jesień na horyzoncie! Dzisiaj o tym samym, żeby nie serwować Wam uderzeniowej dawki nowości. Otóż - kiedyś nienawidziłam tej pory roku. Z różnych przyczyn. Jak wiadomo - szkoła, koniec lata, książki, zeszyty, poranne wstawanie o nieludzkiej porze i te sprawy. Dzisiaj jest całkiem ok - przybliża z każdym dniem do śniących mi się nocami górskich stoków i białego puchu pokrywającego wszystko dookoła. Bajecznie po prostu! I nie przeszkadza mi, że nadchodzą dni, którym przyświeca idea 'whatever'. Bo to też jest ciekawe, tak swoja drogą. Na przykład takie 'wszystko jedno' w kwestii ubioru. Jest wspaniale! Czuję się w 100% usprawiedliwiona. Oczywiście przychodzą momenty zwątpienia, jesiennej deprechy i obojętności w dziedzinie chociażby wstawania z łóżka. No bo wstać czy nie? Zachęcam wszystkich jednak do zwlekania się i chwytania kolorowej jesieni, bo za tydzień, dwa, ewentualnie cztery odejdzie i wszyscy już zdążymy zapomnieć o tym, że inna aura niż Londyński deszcz w ogóle istniała. Kiedykolwiek i gdziekolwiek.
 
fot. Łukasz Trzeciak
 
nn waistcoat / sweatshirt: Volcano / bracelet: DIY

wtorek, 14 maja 2013

black with studs.

Po niemożliwie upalnych dniach (tak, uważam, że były nie-do-wytrzymania) przyszła chwila wytchnienia, czyli pochmurne niebo i temperatura o 10 stopni niższa. Jest wspaniale! Zaczynając pisanie tego posta pomyślałam, że po raz kolejny będę narzekać, a to takie... demotywujące. A przecież nie chcę Was i siebie dołować, tylko w mniejszym lub większym stopniu podnieść na duchu.  Nie, żebym miała jakąś wewnętrzną misję nawracania, czy zaciągania Was do swojej własnej, bądź cudzej sekty... Po prostu tak pomyślałam. Z cichą nadzieją. Że choć jedna osoba spojrzy na te moje blogowe twory i pomyśli coś w stylu "niezła inspiracja" bądź "o! no fajnie!". Mniejsza o to, powiedzmy. Wrócę więc do deszczu i przyjemnego, wiosennego chłodu.
Jak dla mnie, takie chłodniejsze dni, są wspaniałą okazją, ba! wyzwaniem nawet, do ubrania się odpowiednio. Co w naszym klimacie nie jest taką oczywistą sprawą jakby mogło się wydawać. I powie to każdy cudzoziemiec, który zagościł u nas na dłużej. Powie, że to jest nieprzewidywalny klimat, że pogoda jest chora na głowę (o ile ożywiając ją dostanie w ogóle od nas tę część ciała), i że powinna się leczyć. Wariatka. Chora psychicznie jest. Bo z nią nigdy nic nie wiadomo. Nieobliczalny potwór. Oh, jasne, że jak jest konkretne lato, to jest konkretne lato. Ale nagle - bach - grad. Jak grom z jasnego nieba. O, i gromy też się zdarzają. I silne wichury, powodzie, zawieje i zamiecie także. Albo, powiedzmy, taka zima siarczysta, usłana mrozem. I bang! następnego dnia, potoki stopniałego śniegu na ulicach, żyć się nie da, plucha wszędzie, spodnie po kolana utytłane we wszystkim - począwszy od śniegu, błota pośniegowego, przez piach, sól (co akurat winą pogody nie jest), skończywszy na psich kupach czających się na każdym rogu i nie rogu trawnika. Dość obrzydliwe, przyznacie. Ale to wszystko przez pogodę, mówię Wam.
 
Odrywając się od dość rozległych tematów i kończąc tę przydługa dygresję powiem, że to jest właśnie wyzwanie, które podejmuję za każdym razem z uśmiechem. Dobra, przesadziłam. Nie za każdym razem, bo ile można. Zazwyczaj z uśmiechem, tak lepiej. Patrząc na termometr i pogodynkę - wiecie, taką domową stację meteorologiczną, która niby, czary mary, i mówi, jak się zmieni lub nie zmieni - więc patrzę i myślę "tak? no to patrz! wariatko!". I wtedy podnoszę rzuconą przez pogodę rękawicę, biegnę do szafy i rozpoczyna się bój. Pomijam codzienne dylematy, o których już tyle razy pisałam. A jak ktoś nie czytał, to powiem wprost - pomijam dylemat "w co się ubrać" w znaczeniu doboru koloru itp. Pomijam, czyli daję mu spokój w tym momencie.  Nie żeby w ogóle. Bo się nie da. I potem jest starcie ostateczne, trwające dość długo. To jest ta bitwa właśnie - wychodzę z domu uzbrojona po uszy we wszystko, co może się przydać i nie przydać, też. I potem nastaje ten moment... ten moment, kiedy ona, pogoda w sensie, przegrywa. Bo mnie nie zaskakuje. Ten moment jest cudowny. Gorzej jest, kiedy to ja przegrywam. A to też się zdarza. Rzadko. Ale jednak. Wtedy, jak przegrywam, jest mi źle. I są tutaj dwie opcje - albo jest mi zimo/mokro, czyli po prostu źle. Ale jest mi również źle, a nawet najgorzej, bo noszę ze sobą swój przeciwpogodowy dobytek przez cały dzień i żadnego z jego elementów nie używam. Wtedy czuję się przegraną. To jest moja porażka dnia codziennego. Nauczyłam się jednak z nimi żyć, radzę sobie. Nawet całkiem nieźle.
 
Po raz drugi już, kończąc tematy poboczne chcę wrócić do tego głównego. Wiosna jest. Czasem lato. Ale ogólnie to wiosna. I to jest piękne, ten chłodny wiatr, ten deszcz i zieleń. To na prawdę podbija moje serce, chwyta i ściska je z całych sił. Wtedy bez wyrzutów sumienia mogę założyć jeansy, czy legginsy i beztrosko wyjść z domu. Wspaniałe jest to, że biorąc jeden ciuch, potocznie zwany 'długim rękawem' wygrywam wojnę dnia. Ewentualnie jeszcze parasol. Ale niekoniecznie, bo przecież można rzeczony długi rękaw skołować taki z kapturem. I to też działa. Jest na prawdę wspaniale!
 
Z tej okazji życzę Wam samych wygranych bitew i wojen. Z wariatką. Ale pamiętajcie, ona jest nieprzewidywalna i najlepsza taktyka to ją zaskoczyć, o!
 
fot. Łukasz Trzeciak
waistcoat: nn (sh) + DIY / neon bracelets: by dziubeka

niedziela, 5 maja 2013

love's ?!

Dziś ulubiona ostatnimi czasy kurtka i komin w paterkę. Ach, i mój najnowszy łup z sh, którego napisu za Chiny zrozumieć nie mogę. Tzn. wiem, co autor miał na myśli, ale czemu napisał to w ten sposób? Nie chodzi mi o to, że na lewej stronie jest druk i na prawą tylko przebija, bo, umówmy się, to jest spoko. Ale o ten apostrof mi chodzi... Dlaczego on tam jest?! Nie rozumiem... Bo niby tego serca to miłość? No nie, NY do mnie. A może to jakaś struktura, której nie znam...? Nie, żebym była alfą i omegą z angielskiego, ale powiedzmy sobie szczerze, te naście lat nauki i ostatnie, najintensywniejsze, bo studiowania, dały swoje... I dalej nic nie kumam. Bo nie przypominam sobie, żeby mówiły o jakimś apostrofie. Tfu, mówiły, ale nie w takich sprawach. No nic. Nie zamaluję, a chciałabym. Bo mnie wkurza. Ten BŁĄD - tak, to jest błąd! Noszę koszulkę z błędem. Sama w to nie wierzę. I nie wiem czy mi z tym dobrze. Może nikt nie zauważy... W sumie jak mnie wkurza, to mogłam nie kupować, ale jak ją zobaczyłam, to, no cóż, musiałam! I błąd widziałam. I myślałam, że jakoś to będzie. Jest. Oby tak dalej!
 
Dajmy jednak spokój tym błędom i poprawnościom. Mam jeszcze coś - bransoletka! Ta z koralików, z trupią czachą radośnie odbijającą promienie słońca :) Prezent od Neuf bijoux! Bardzo mi się podoba, choć na początku myślałam, że nie będę miała jej do czego nosić - bo pastele, bo nie mój kolor... Ale jednak! Udało się :) Miły pastelowy akcent, chyba jedyny w mojej szafie i dodatkach.

fot. Łukasz Trzeciak
bracelet with skull: Neuf bijoux / bracelets with ribbon: DIY

niedziela, 14 kwietnia 2013

time machine.

Tym razem zapraszam na małą podróż w czasie. Cofnijmy się o jakiś miesiąc, tak na dobry początek. Zdjęcia były zrobione przy pierwszym 'cieplejszym' zachodzie słońca, tylko jakoś nie było czasu ich wrzucić. A że zaczął się sezon wiosenny, to chyba najwyższa pora... :)
Cóż więcej mogę powiedzieć - chyba nic poza tym, że bluzka i kamizelka są z sh i jestem z nich bardzo zadowolona :) Kamizelka stała się szybko moim hitem i, mam nadzieję, że w niedługiej przyszłości zaprezentuję ją w trochę innym wydaniu.
 
Ach, tak swoją drogą  pakuję właśnie walizkę. A w sumie to dwie. No, 1 i 1/3. Mam ograniczone gabaryty i ciężar bagażu. I wiecie co Wam powiem? Ubrania nie są najcięższą rzeczą, jaką ze sobą zabieram [?]!! W prawdzie nie wiem, co by było, gdybym np. zostawiła laptopa w domu, ale jakie to ma teraz znaczenie? :P
To przy okazji się pochwalę - chyba po raz pierwszy w tak przemyślany sposób dopasowałam wszystkie ciuchy, które ze sobą zabieram. Z racji tego, że prognozy zapowiadają ciekawy przekrój przed słoneczne dni, te trochę pochmurne oraz deszczowe, to w walizce musi się zmieścić wszystko. Dosłownie i w przenośni. Tak więc, jak już wspomniałam - jest tragicznie. Gabaryt to nie problem - technika dopychania wszystkiego kolanem jest u mnie już wypracowana do perfekcji, ale to ograniczenie wagowe... ech.
 
Wracam więc do upychania bagażu i zostawiam Was z wczesno-marcowym słońcem :)
 
fot. Łukasz Trzeciak
blouse: Next (sh) / waist: Mustang (sh)
 

piątek, 22 czerwca 2012

pozory.

Wczoraj niby był pierwszy dzień lata, a tak na prawdę słońca było jak na lekarstwo. Po bardzo burzowej nocy za oknem było szaro i ponuro, wyłączając krzyczące zielenią trawniki i drzewa. Trochę zdołowana taka aurą, w "dresowym" nastroju, wyprowadziłam rano psa na spacer i zorientowałam się, że mimo lata nie jest ciepło i nawet nie pachnie wakacjami, a conajwyżej lekko czuć wiosnę. I z takim przekonaniem wybrałam się po południu na spacer po mieście.




Uzbrojona w futrzaną kamizelkę, buzkę z długimi rękawami, grubsze rajstopy, kalosze i na wszelki wypadek w szalik (w torbie) ruszyłam na miasto.
Bardzo szybko przekonałam się jednak, że jest duszno, gorąco, a w powietrzu jest nic innego jak zawiesina, którą nie da się oddychać.
Ale co zrobić... Dzielnie przerzuciłam futrzaka przez pasek torby, podwinęłam rękawy w bluzce i jakoś dałam radę.


Wspominając wczorajszy dzień myślę, że łatwiej by było spojrzeć na termometr przed wyjściem z domu, niż ubierać się na czuja w milion warstw, ale z drugiej strony, to by było przecież zbyt proste.
Mimo wszystko, następnym razem po prostu zastanowię się kilka razy zanim wyciągnę z szafy stos ubrań "na wszelki wypadek" i się w nie wszystkie ubiorę.



Ostatnio też pisałam, że ciakwie się dzieje na moich paznokciach. Owszem, tak - przede wszystkim zacznę od tego, że są różowe. Nigdy wcześniej nia miałam różowych paznokci, bo ogólnie rzecz ujmując nie jestem wielką fanką tego koloru, a nawet bym powiedziała, że go trawię w szczególnych przypadkach, co oznacza, że zazwyczaj po prostu nie.
Podobnie nigdy wcześniej nie miałam kropek na paznokciach. Całość wyszła dość spontanicznie, nie planowałam tych "wariacji na temat", ale podoba mi się taki połączenie i myślę, że jeszcze kiedyś do niego wrócę.

fot. Łukasz Trzeciak

kamizelka: sh / różowy lakier: H&M / fioletowy lakier: no name