followers

piątek, 26 lipca 2013

lime mix.

Mistrz prostoty powraca! Jak zwykle w wielkim stylu, z kolejną porcją szałowości i hitostwa! Jakkolwiek by to nie brzmiało.
Powracam więc z uderzającą dawką zieleni, co jest jeszcze bardziej zaskakujące, gdyż, ponieważ, bo... zielonych ciuchów w szafie mam sztuk, chyba..., 3. W porywach do 4. Ach, i całość zawierająca się w tej magicznej trójce/czwórce to bluzki najprostsze z najprostszych ever. Ale, ale! Aby po raz kolejny nie wiać nudą i nie przypominać ciepłej kluchy modowo-blogowej dorzucę bransoletkę. To ci heca! Dla odmiany taką, którą swoimi własnymi rękami wykonałam. Bo ostatnio tylko takie mają prawo egzystencji słusznej i szanowanej. Nie, żebym gardziła pozostałym dziełem sztuki zwanym biżuterią, a już na pewno nie bransoletkami. Co to, to nie! Po prostu moje jest moje i podoba mi się niezmiennie i najbardziej. Jakby ktoś został powalony na kolana moimi dziełami tak jak ja sama siebie znokautowałam, to śmiało - przyjmę z pokorą wyrazy zachwytu i radości. A jak ktoś zapragnie podobne cudeńko, to i chwil kilka na kontakt się znajdzie :)
 
O! Prawie zapomniałam - do tiszerta założyłam moje szałowe, luźne spodnie! Bo z nimi lato kojarzy mi się nierozerwalnie. A jak chodzę w nich i w ciepłej bluzie to zima mi się kojarzy. Bo są takie fantastyczne - idealne i na lato i na zimę. Na wiosnę i jesień jakoś niekoniecznie. Nie wiem dlaczego. Ale nie. Nie, bo nie. I do spodni jeszcze żółty szalik, znany już z wiosennego wydania. I skórzana torebka po mamie. Tez już była.
 
 
fot. Łukasz Trzeciak
 
 

niedziela, 21 lipca 2013

mad wolf.

Jak wspominałam w poprzednim poście jestem demonem blogosfery, powalam na kolana swoim szalonym stylem i urywam dupę, bo ogólnie to szał jest. Widoczny w każdym calu. Żeby i tym razem nie odstawać od całości swojego wizerunku (za którym prawdopodobnie trudno Wam nadążyć, bo i ja sama się gubię), prezentuję wymyślny zestaw pt.: 't-shirt & jeansy'. A żeby mu nadać jeszcze bardziej e-passhionowy charakter, co by go nie pomylić z innymi wielkomiejskimi ciuchami, dorzucam komin. Mój ulubiony, a jak! Bo jakby mogło być inaczej. Polecam każdemu - zestaw obowiązkowy na letnie, popołudniowo-wieczorne spacery.
Ale chwila, to nie koniec! Mam jeszcze asa w rękawie, ha! Informację, po której na pewno nikt już nie podniesie się z podłogi, będzie tam leżał i płakał z zazdrości. Totalny nokaut tego wydania! Otóż... koszulka jest z sh. I jest to na tyle istotna informacja, że musiałam o niej napisać właśnie tu i właśnie teraz.
 
fot. Łukasz Trzeciak
T-shirt: nn (sh) / cardigan: H&M

wtorek, 16 lipca 2013

call me CRAZY.

Post po ponad dwóch tygodniach. W sumie mogłabym znowu ponarzekać na życie/świat/to, że nie mam się w co ubrać/na pogodę/na lato/na wakacje/na cokolwiek, ale uwaga, uwaga - nie tym razem!
 
Tym razem stwierdzę fakt. Fakt, który widać gołym okiem i aż wierzyć się nie chce, że tak właśnie jest. Otóż: jestem przepełniona fashionową (neologizm pierwsza klasa!) prostotą. Tak przepełniona, że topię się w niej i zachłystuję za każdym razem kiedy spoglądam na to, co tu wstawiam. Nie, żebym nie miała w sobie pierwiastka wariata, bo przecież jestem taka szalona... Tu przemawia przeze mnie śmiech z samej siebie. Polecam.
Ja po prostu tak już mam, że nie zakładam na siebie miliona warstw, nie robię z siebie clowna i nie chcę, żeby ludzie patrząc na mnie zastanawiali się, czy uciekłam z balu przebierańców czy innej tego typu imprezy.
Więc dzisiaj, ta dam! wow! brawa! szaleństwo w czystej postaci! czerwony top! Szał jest, dupę urywa! Oh yeah!
Taki właśnie paradoks - nie mogę wysiedzieć spokojnie w miejscu, zawsze muszę coś robić i być czymś zajęta, a z wyglądu... nuda! Flaki z olejem!

Dodam jeszcze, że baleriny w kropki już widzieliście, szary szalik również; jeansy też. I żeby nie było "a nie mówiłam?".

fot. Łukasz Trzeciak
Diverse shoes / blezer: nn