followers

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

come back!

Po długiej przerwie czas wrzucić kotlety do mikrofalówki i zacząć z nową motywacją oraz pomysłami. Wakacje jakie są - każdy widzi, przez ostatnie tygodnie byłam odcięta od cywilizacji, co dało się zaobserwować brakiem postów i innych aktywności (na fb również). Na dzień dobry zapowiedziany odgrzewany kotlet - jeszcze lipcowy.

fot. Łukasz Trzeciak
blezer : sh

Na tym spacerze nauczyłam się kilku rzeczy... np., że w Centrum Kopernika są gigantyczne, zmutowane pająki, które wzbudzają we mnie jeszcze większy strach niż pozostał, i że wieczorny plener jest całkiem ok, ale pod warunkiem, że ma się statyw. Oczywista oczywistość, ale nie chciało nam się go nosić, więc wyszło jak wyszło i do pokazania mam tylko tyle.

Jeśli chodzi o out fit sam w sobie, to nic nadzwyczajnego, trochę zalatuje high school'em, ale tak mi się podoba i tak lubię :)
Top już pokazywałam, więc wiele o nim pisać nie muszę, blezer (cardigan, jak kto woli) z sh. Miałam pewne wątpliwości przy jego kupnie, ale patrząc na to, jak często go noszę teraz nie mam już żadnych :) Z racji tego, że nie mogłam nigdzie upolować high school'owej bluzy mam to i to lubię.

I tym oto optymistycznym akcentem kończę czas milczenia i biorę się ostro do pracy (blogowej również).

Dla przypomnienia wstawiam linka facebookowego, zapraszam do polubienia, obserwowania i śledzenia, wkrótce jeszcze więcej atrakcji :)

wtorek, 7 sierpnia 2012

next big thing

Okeeej, tak, jak pisałam, pierwsze wygibasy longboard'owe już za mną. Siniaki pięknie zmieniają swoje kolory i cały czas bolą, niestety. Ale co zrobić - no risk, no fun.
Tym razem zamiast inspiracji wygrzebanych z czeluści sieci prezentuję film i zdjęcia prosto z mojego aparatu. Na żadnym festiwalu film się nie pojawi, co zdecydowanie usprawiedliwia jego jakość, ale mam nadzieję, że Wam się spodoba :)


Do tego skromne zdjęcie, bo poobijanych nóg pokazywać publicznie nie będę, o!

fot. Łukasz Trzeciak
top: H&M

Jeśli chodzi o sport sam w sobie to jest baaardzo zajawkowy i od razu chciałoby się jeździć cały dzień. Na takie upały z jednej strony jest w sam raz, bo wiatr we włosach daje niesamowitą przyjemność i ulgę w smażeniu, a z drugiej strony jak się chce jeździć po płaskim, to dużo wysiłku człowieka kosztuje takie odpychanie się.
Zanim w ogóle wypożyczyliśmy deski miałam wiele wątpliwości, czy dam radę i nie zapoznam moich zębów z asfaltem po 5 minutach, ale okazało się, że trudno nie jest, zęby całe i jak ktoś wcześniej jeździł na deskorolce lub snowboardzie to poradzi sobie raz, dwa i będzie śmigał jak szalony :)

Jedyne, co ucierpiało podczas tej całej zabawy, to moje kolano. Teraz już ma się lepiej, ale nie zmienia to faktu, że nie możemy dojść z Łukaszem do porozumienia, w jaki sposób mogliśmy na siebie wpaść na takiej szerokiej drodze. Nie byłoby w tym nic dziwnego gdybyśmy jechali z zawrotną prędkością, ale problem polega na tym, że wszystko działo się w takim tempie, że spokojnie moglibyśmy uniknąć zderzenia. Drugi szczegół, co do którego się nie zgadzamy to kierunki, z jakich jechaliśmy - ja uważam, że mieliśmy klasyczny przypadek czołówki, Łukasz twierdzi, że mu zajechałam drogę z tego kierunku, z którego on też jechał. Co do jednego z jego teorii mogę się zgodzić - drogę mu zajechałam, ale kierunku nie mogę potwierdzić. Każde z nas jest przekonane, że ma racje i tak było, jak mówi.
Dla zobrazowania dwa schematy:



I na koniec powiedzieć trzeba głośno - malarką nigdy nie byłam, nie jestem i raczej nie będę, co widać po moich bazgrołach. Sprawa kolizji pewnie pozostanie nie wyjaśniona, kolano się zagoi, siniaki znikną i za chwilę o tym wszystkim zapomnimy, choć teraz, gdy zaczynamy o tym gadać atmosfera gęstnieje :P

Ponownie zapraszam na mojego fan page'a, na którym zdecydowanie więcej smacznych kąsków muzycznych, ciekawe zdjęcia, inspiracje i odkrycia nie tylko internetowe :)

http://www.facebook.com/epasshion/

środa, 1 sierpnia 2012

yellow!

Nigdy za żółtym nie przepadałam i raczej nie miałam w szafie ubrań w tym kolorze. Jednak długie poszukiwania zwiewnej, ale długiej spódnicy zakończyły się kupnem tej oto żółtej - kanarkowosłonecznej. 10 minut przed jej upolowaniem już się miałam zdecydować na inną i po prostu iść na kompromis ze swoim poczuciem "muszę to mieć". Muszę, jak muszę - chciałabym. To teraz mam.
Na letnie dni jest wręcz idealna, szczególnie jeśli po zachodzie słońca jeszcze gdzieś się spaceruje. Wtedy pasuje idealnie.





fot. Łukasz Trzeciak
skirt: Orsay