followers

wtorek, 14 maja 2013

black with studs.

Po niemożliwie upalnych dniach (tak, uważam, że były nie-do-wytrzymania) przyszła chwila wytchnienia, czyli pochmurne niebo i temperatura o 10 stopni niższa. Jest wspaniale! Zaczynając pisanie tego posta pomyślałam, że po raz kolejny będę narzekać, a to takie... demotywujące. A przecież nie chcę Was i siebie dołować, tylko w mniejszym lub większym stopniu podnieść na duchu.  Nie, żebym miała jakąś wewnętrzną misję nawracania, czy zaciągania Was do swojej własnej, bądź cudzej sekty... Po prostu tak pomyślałam. Z cichą nadzieją. Że choć jedna osoba spojrzy na te moje blogowe twory i pomyśli coś w stylu "niezła inspiracja" bądź "o! no fajnie!". Mniejsza o to, powiedzmy. Wrócę więc do deszczu i przyjemnego, wiosennego chłodu.
Jak dla mnie, takie chłodniejsze dni, są wspaniałą okazją, ba! wyzwaniem nawet, do ubrania się odpowiednio. Co w naszym klimacie nie jest taką oczywistą sprawą jakby mogło się wydawać. I powie to każdy cudzoziemiec, który zagościł u nas na dłużej. Powie, że to jest nieprzewidywalny klimat, że pogoda jest chora na głowę (o ile ożywiając ją dostanie w ogóle od nas tę część ciała), i że powinna się leczyć. Wariatka. Chora psychicznie jest. Bo z nią nigdy nic nie wiadomo. Nieobliczalny potwór. Oh, jasne, że jak jest konkretne lato, to jest konkretne lato. Ale nagle - bach - grad. Jak grom z jasnego nieba. O, i gromy też się zdarzają. I silne wichury, powodzie, zawieje i zamiecie także. Albo, powiedzmy, taka zima siarczysta, usłana mrozem. I bang! następnego dnia, potoki stopniałego śniegu na ulicach, żyć się nie da, plucha wszędzie, spodnie po kolana utytłane we wszystkim - począwszy od śniegu, błota pośniegowego, przez piach, sól (co akurat winą pogody nie jest), skończywszy na psich kupach czających się na każdym rogu i nie rogu trawnika. Dość obrzydliwe, przyznacie. Ale to wszystko przez pogodę, mówię Wam.
 
Odrywając się od dość rozległych tematów i kończąc tę przydługa dygresję powiem, że to jest właśnie wyzwanie, które podejmuję za każdym razem z uśmiechem. Dobra, przesadziłam. Nie za każdym razem, bo ile można. Zazwyczaj z uśmiechem, tak lepiej. Patrząc na termometr i pogodynkę - wiecie, taką domową stację meteorologiczną, która niby, czary mary, i mówi, jak się zmieni lub nie zmieni - więc patrzę i myślę "tak? no to patrz! wariatko!". I wtedy podnoszę rzuconą przez pogodę rękawicę, biegnę do szafy i rozpoczyna się bój. Pomijam codzienne dylematy, o których już tyle razy pisałam. A jak ktoś nie czytał, to powiem wprost - pomijam dylemat "w co się ubrać" w znaczeniu doboru koloru itp. Pomijam, czyli daję mu spokój w tym momencie.  Nie żeby w ogóle. Bo się nie da. I potem jest starcie ostateczne, trwające dość długo. To jest ta bitwa właśnie - wychodzę z domu uzbrojona po uszy we wszystko, co może się przydać i nie przydać, też. I potem nastaje ten moment... ten moment, kiedy ona, pogoda w sensie, przegrywa. Bo mnie nie zaskakuje. Ten moment jest cudowny. Gorzej jest, kiedy to ja przegrywam. A to też się zdarza. Rzadko. Ale jednak. Wtedy, jak przegrywam, jest mi źle. I są tutaj dwie opcje - albo jest mi zimo/mokro, czyli po prostu źle. Ale jest mi również źle, a nawet najgorzej, bo noszę ze sobą swój przeciwpogodowy dobytek przez cały dzień i żadnego z jego elementów nie używam. Wtedy czuję się przegraną. To jest moja porażka dnia codziennego. Nauczyłam się jednak z nimi żyć, radzę sobie. Nawet całkiem nieźle.
 
Po raz drugi już, kończąc tematy poboczne chcę wrócić do tego głównego. Wiosna jest. Czasem lato. Ale ogólnie to wiosna. I to jest piękne, ten chłodny wiatr, ten deszcz i zieleń. To na prawdę podbija moje serce, chwyta i ściska je z całych sił. Wtedy bez wyrzutów sumienia mogę założyć jeansy, czy legginsy i beztrosko wyjść z domu. Wspaniałe jest to, że biorąc jeden ciuch, potocznie zwany 'długim rękawem' wygrywam wojnę dnia. Ewentualnie jeszcze parasol. Ale niekoniecznie, bo przecież można rzeczony długi rękaw skołować taki z kapturem. I to też działa. Jest na prawdę wspaniale!
 
Z tej okazji życzę Wam samych wygranych bitew i wojen. Z wariatką. Ale pamiętajcie, ona jest nieprzewidywalna i najlepsza taktyka to ją zaskoczyć, o!
 
fot. Łukasz Trzeciak
waistcoat: nn (sh) + DIY / neon bracelets: by dziubeka

piątek, 10 maja 2013

b-day outfit.

Z okazji roku blogowania (który minął 6.05) nie będę sobie śpiewać sto lat, nie czekam na życzenia i nie będę robić podsumowania tego, co się tutaj działo i jak bardzo się zmieniłam. Nie, bo nie. O, zmieniłam zdjęcie profilowe na fanpage'u bloga i swoje profilowe na koncie google. A poza tym - nic specjalnego. Mogłabym napisać cokolwiek, ale nie są to jakieś porywające historie, każdy ma swoje lepsze i gorsze dni, tygodnie tudzież miesiące, nawet. Wracając jednak do tego jakże małoważnego święta... postanowiłam odświeżyć swój urodzinowy outfit, bo szczerze mówiąc, od ponad miesiąca planowałam kiedyś i tak to zrobić. W prawdzie nie jest to jego w 100% oryginalna wersja, ale powiedzmy, że większa niż mniejsza część jest taka sama. Tunika i legginsy - bez zmian. Komin - miałam, ale zgadnijcie jaki... No  jak nie trudno się domyślić, nie ten różowy, ale nie będę po raz kolejny pokazywać swojego ulubionego w panterkę. Bo ile można... Ach! I buty - to, że nie hasałam w trampkach po śniegu to oczywista oczywistość. A że teraz żar się leje z nieba, to wybrałam wersję light, powiedzmy.
 
On the occasion of a year of blogging (which passed 6.05) I won't sing 'Happy Birthday' to me, I don't want to hear any wishes and I won't write the summary of my blog-life and how much I've changed. No, just won't do this. Oh, I've almost forgotten, I've changed the profile photo on the blog's fanpage. And my profile photo on Blogger account. But other matters - nothing special, at all. I could write anything but these are not catchy stories, everybody has better and worse days, weeks and even months.
Coming back to this meaningless anniversary... I decided to refresh my b-day outfit because, frankly speaking, I was thinking about doing this for longer than a month. It's not 100% oryginal version but, let's say, more than less is the same. Tunic and leggins - no changes. Scarf - I had it but guess which one exactly... It is not so difficult to say that not this one but I won't show the red one with leopard print again. Cause how many times can I do it... Oh! Shoes - the fact that I didn't wear them for last week of March is obvious. This is to say that we had extremely winterish beggining of spring. But the boiling hot is coming, I mean it has came at all, so I chose light option, let's say.
 
fot. Łukasz Trzeciak / me
tunic: nn / bracelet with corals: k&Trend

niedziela, 5 maja 2013

love's ?!

Dziś ulubiona ostatnimi czasy kurtka i komin w paterkę. Ach, i mój najnowszy łup z sh, którego napisu za Chiny zrozumieć nie mogę. Tzn. wiem, co autor miał na myśli, ale czemu napisał to w ten sposób? Nie chodzi mi o to, że na lewej stronie jest druk i na prawą tylko przebija, bo, umówmy się, to jest spoko. Ale o ten apostrof mi chodzi... Dlaczego on tam jest?! Nie rozumiem... Bo niby tego serca to miłość? No nie, NY do mnie. A może to jakaś struktura, której nie znam...? Nie, żebym była alfą i omegą z angielskiego, ale powiedzmy sobie szczerze, te naście lat nauki i ostatnie, najintensywniejsze, bo studiowania, dały swoje... I dalej nic nie kumam. Bo nie przypominam sobie, żeby mówiły o jakimś apostrofie. Tfu, mówiły, ale nie w takich sprawach. No nic. Nie zamaluję, a chciałabym. Bo mnie wkurza. Ten BŁĄD - tak, to jest błąd! Noszę koszulkę z błędem. Sama w to nie wierzę. I nie wiem czy mi z tym dobrze. Może nikt nie zauważy... W sumie jak mnie wkurza, to mogłam nie kupować, ale jak ją zobaczyłam, to, no cóż, musiałam! I błąd widziałam. I myślałam, że jakoś to będzie. Jest. Oby tak dalej!
 
Dajmy jednak spokój tym błędom i poprawnościom. Mam jeszcze coś - bransoletka! Ta z koralików, z trupią czachą radośnie odbijającą promienie słońca :) Prezent od Neuf bijoux! Bardzo mi się podoba, choć na początku myślałam, że nie będę miała jej do czego nosić - bo pastele, bo nie mój kolor... Ale jednak! Udało się :) Miły pastelowy akcent, chyba jedyny w mojej szafie i dodatkach.

fot. Łukasz Trzeciak
bracelet with skull: Neuf bijoux / bracelets with ribbon: DIY

piątek, 3 maja 2013

gifts.

Tym razem słów kilka o prezentach ze spotkania. Jak pisałam w poprzednim poście - dostaliśmy mnóstwo kosmetyków i testowanie ich zajmie mi chyba pół roku. Szczególnie, że nie jestem wielkim ekspertem i moja kosmetyczka ogranicza się do kilku niezbędnych sztuk kosmetyków potrzebnych do zrobienia mojego tradycyjnego make-up'u.
 
 Peeling do ciała (edycja Home SPA) + różany błyszczyk do ust + balsam do rąk z żurawiną
 
Dwa pudry od Amilie. Odcień cream beige i light.
 
Od EVELINE balsam do ciała oraz koncentrat antycellulitowy.
 
Serum i tusz do rzęst oraz  puder brązujący od formy GOSH.
 
Zestaw cieni, błyszczyk i lakier do paznokci od PAESE.
 
Lakier po nałożeniu robi się chropowaty. Wielkie zdziwienie i szał - jest boski!
 
Spray i olejek do ciała oraz masło do ciała (hit mojej mamy, która od razu mi je zarekwirowała). Od firmy SUKHITA.
 
Olejek do masażu i jedwab w płynie od  Green Pharmacy.
 
Bransoletka pleciona, z 3 koralikami - K-Trend, bransoletka z koralików - Neuf bijoux (stylizacja w następnej notce).
 
3 neonowe bransoletki i kubek - by dziubeka.
 
Tusz i błyszczyk od Rimmela.
 
Rozświetlacz/korektor/podkład czyli 3w1, serum antycellulitowe, wygładzający balsam do ciała, krem i tonik regulujący świecenie się cery od LUMENE.
 
Serum do końcówek włosów od firmy Joanna.
 
Do tego dostaliśmy również zniżkę do sklepu Kari i kilka sztuk próbek różnego rodzaju. Daruję sobie opisywanie każdej z nich, po prostu jak którąś wykorzystam, to napiszę ;)
Bardziej szczegółowe opisy poszczególnych kosmetyków będą w nadchodzących notkach. A już w następnej - stylizacja z bransoletką od Neuf bijoux.