followers

czwartek, 20 września 2012

little black dress.

Od początku września mało się dzieje na blogu, w prawdzie udzielam się w miarę możliwości na fb, wrzucam jakieś ciekawe rzeczy, ale wiadomo - to nie to samo. Powód tego zastoju jest jeden - dzieci. Nie moje, nie moich znajomych, ale tak ogólnie :) Pracuję, mam praktyki, pracuję, mam praktyki i tak w kółko - przez ostatnie trzy tygodnie miałam tylko 2 wolne dni, kiedy nie musiałam odpowiadać na milion pytań i pilnować całej gromadki biegających i krzyczących istotek. Ale nie przeszkadza mi to kompletnie, bardziej męczy mnie codzienne wstawanie o nieludzkiej porze, a nie ten gwar i ruch dookoła. Tak więc na tym kończy się moje usprawiedliwienie braku czasu na zdjęcia :P

Ale nie o tym miałam pisać... Tylko o zakupach, na które udało mi się wyrwać któregoś pięknego, wolnego dnia :) Celem była sukienka na wesele i ewentualnie dodatki - skończyło się na 2 parach butów, owej sukience, 3 parach rajstop i legginsach. Dawno nie miałam takiej zakupowej wyprawy, więc zadowolona z udanych łowów wróciłam do domu. Rozpakowałam swoje zdobycze i zdałam sobie sprawę, że do mojej szafy trafiły właśnie dwie rzeczy, przed którymi broniłam się rękami i nogami. Konkretniej chodzi o baskinkę i sportowe buty na koturnie.

Po kolei - baskinka, której nigdy wcześniej nie przymierzałam, i do której uprzedziłam się oglądając ją na wybiegach... Leży świetnie, układa się w każdym calu i w ogóle mnie urzekła.


Na wieszaku nie wygląda oszałamiająco, ale w towarzystwie czerwonych szpilek jest na prawdę świetna.

A te koturny... no cóż, jak tylko na nie spojrzałam, usłyszałam, że do mnie wołają "mamo!". Nie mogłam ich tak zostawić, szczególnie, że okazały się megawygodne i cenowo baaardzo przystępne.


Jak już wcześniej wspominałam kupiłam dwie pary butów - drugie to balerinki z lakierowanymi czubkami. Przed nimi też się broniłam, ale nie tak bardzo jak przed koturnami i baskinką.


Nie pozostaje mi teraz nic innego jak dobrze się bawić na weselu - jestem w 100% przygotowana :)

czwartek, 6 września 2012

DIY - bracelet

DIY - uwielbiam!
Choć sama nie robię ich za wiele, to pomysłów mam mnóstwo i gdy tylko mam czas, to chętnie biorę się za tworzenie. Tym razem przeglądając sieć natrafiłam na gazetowe DIY. I nie chodzi o papierową torebkę na prezenty (choć takie też widziałam i kiedyś sama taką zrobię), ale o biżuterię!
W pierwszej chwili pomyślałam, że to przesada. Rozumiem, że ekologia i te sprawy, że coraz częściej ludzie o tym mówią i coraz większa część społeczeństwa jest pro-ekologiczna, ale...

Znaleziony papierowy twór zapisałam na dysku i postanowiłam czekać, aż mi się opatrzy i dojdę do wniosku, że 'nie jest w sumie taki zły'. Czekać nie musiałam długo, bo nie minął dzień, kiedy podjęłam próbę zrobienia gazetowego DIY. Wycinając, składając i klejąc nie wyszło mi nic, co byłoby choć trochę podobne do znalezionego w sieci naszyjnika. Nie mniej jednak powstało coś równie ciekawego, znacznie mniej praktycznego, ale uroczego za razem - bransoletka!

Jest to chyba dobry początek późniejszej twórczości, która, mam nadzieję, będzie podobna do znalezionej inspiracji.
Najlepsze w tej bransoletce jest to, że można umieścić na niej to, co lubimy, tylko najpierw trzeba znaleźć te rzeczy w gazetach, ofc. A później tak zręcznie je zwinąć, żeby były na wierzchu i gotowe! Samo zwijanie papieru jest dość czasochłonne i upierdliwe, ale satysfakcja po skończonej pracy jest bezcenna :)

n.joy!

znaleziona inspiracja / found inspiration

moje / my DIY

Bransoletka z papieru nie jest praktycznym rozwiązaniem, nie da się ukryć... i 'zapięcie' też raczej pozostawia sporo do życzenia, ale jestem zadowolona z efektu końcowego i na pewno będę ją nosić :)

Przypominam też o fan page'u na facebooku - teraz można go polubić korzystając z wtyczki na blogu! ;)